Do6

ŁOTR - Władca obrączek
opowiadanie interaktywne, dopisz swój kawałek

Drużyna Obrączki: strony 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10

Dwa Gońce: strony 1 (ostatnia strona)


Sery polecial, lecz wyrżnął na pysk i zasnął, Pryk próbowal kółkiem zapalić ogień (czyli go skołować), lecz zamiast tego podpalil sobie spodnie i nie mógł siedzieć, a Argonowi bibułki eli-fanty (takie śmieszne słonie) zjadły. A skąd tu elifanty, tego nie wiem… W każdym razie cała piątka poszła szukać drogi. Ale kiedy ją znaleźli, ta zaczęła im uciekać. Więc zakrzyknęli za nią:
- Czemu nam uciekasz?!
- Nie mogę przegapić nowej promocji w Pysco! Sprzedają miniaturowe krajalnice do bananów na parę!
- O to idziemy z tobą! Może kupimy coś, co pomoże Fredziowi!
I poszli.
Jednak w Pysco okazalo sie, że nasi bohaterowie kasy nie mają. I już miała ich wywalić ochrona, kiedy usłyszeli:
- Zostawcie ich! Znam ich!
- Och, zna pani ich? - powiedzial ochroniarz.
- Tak, znam ich.
- Ale zna pani ich z widzenia, czy osobiście, czy z widzenia.
- Jednego osobiście, a resztę z widzenia.
- To jednego zostawiamy, a resztę bierzemy na promocję, pani szefowo?
- NIE! Zostawcie ich, albo was wszystkich zwolnię. Zresztą i tak jesteście za szybcy - zwalniam was.
- Ale…
- Cicho! Bo nie obejrzycie dobranocki!
I puścili ich.
Okazało sie, że szefową sklepu jest nie kto inny, lecz Ladia (N)Arwana, co spowodowało wielki wybuch radości. wybuch zabił dziewięciu chochlików, które podgryzały mielonkę trzeciej jakości.
- Ladia! W końcu cię znaleźliśmy! To cudownie! - zakrzyknął po raz kolejny Argon. - Fredzio jest ranny i musimy mu podać Królewskie ziele!
- Lepiej go zawieźmy od razu do Wryjtenlej, tam go szybko i tanio ozdrowią…
Jednak nagle do sklepu wskoczyły Wrzaskule, sparaliżowaly goblińskimi skarpetkami ochroniarzy i krzyknęły:
- Stać, nie ruszać się! To napad!
- To wy! Wychlaliście nam picie i nawet nie podziękowaliście! - krzyknął Fill.
- I jeszcze do tego zraniliście mój paluszek! - wtórował Fredzio.
- O nie! To oni… Uciekamy! - Wrzasnął przywódca Wrzaskuli. I dali nogę (a nawet rękę). A piątka ruszyła za nimi.
Gonili się tak chyba z pięć dni (wrzaskulom sił dodawal strach, a koboldom i Argonowi rządza zemsty) i dla wyjaśnienia Fredzio gonił Wrzaskuli na rękach. Nagle potwory, upiory, czy jak je zwał, zmiotla potężna fala z kaluży. I popłynęły w siną dal. Po chwili dal już miała normalny kolor.
- Czary Wielbłąda. Ochraniają Wryjtenlej przed złem - powiedziała (N)Arwana, która spokojnie jechała za nimi na dzikiej krowie. A tera udajmy się do celu naszej podrózy.
I udali się.

dopisał: Waltos

Szli (lub jechali) dalej jeszcze jakieś pięć, może pięćdziesiąt minut, aż ich oczom, wśród drzew ukazał się billboard reklamujący wyroby cukiernicze i wyskokowe, jakże znanej nam, BabyJagiTM z hasłem I`m lovin` it oraz: dziś wielka promocja - dwie prostowarki do bananów w cenie jednej!, a obok żółta tabliczka: WRYJTENLEJ- poligon wojskowy, wstęp wzbroniony.
-Po-yyy-li-goo-uch-n - wydukał Fredzio, co wymagało od niego wielkiego wysiłku umysłowego. Gdy sens tych słów dotarł do naszego bohatera (a zajęło to kolejne ciężkie pół godziny) zapytał znaną nam Ladię. - Poligon? Gdzie ty nas, na wielkiego kobolda, prowadzisz!?
W tym właśnie momencie, dzika krowa (N)Arwanej, spłoszona cienkim głosikiem z(a)łamanego (w paluszku) Fredzia, zaczęła skakać i się wyrywać. Następne pół godziny zajęło naszym bohaterom jej uspokajanie. Jednak dopiero wyciągnięcie ciężkich argumentów (rzeźnickiego tasaka i hamburgera, wyrobów zgadnijcie jakich) pozwoliło na dalszą podróż.
-Eee, o czym to ja mówiłem? - Fredzio, zbyt zaaferowany mrożącą (lub gotującą, jak kto woli) krew w żyłach akcją, zapomniał, o co właściwie chodziło. Wszyscy, łącznie z autorem zaczęli się zastanawiać, czy ów szczegół był ważny i co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to?

dopisała: Phoenix

I nasi przyjaciele pojechali dalej: Fredzio usiadł między rogami krowy (która swoją drogą miała trzy rogi, bo to był gatunek trzyrożca z magicznej krainy Czarno-Był), Ladia jechała na niej, Argon trzymal się jej ogona, a reszta szła na uszach (dalej nie wiem, po co) i w końcu doszli do doliny Wryjtenlej. Widok był niesamowity: wszystko biało rózowe i wyglądało tak słodko, że aż cukier chrzęścił między zębami. Panowie elfy chodziły w rózowych dresach, a panie w białych lajkrach. Poza tym elfy miały jeszcze narzucone na wierzch szlafroki lub koszule nocne do ziemi (oczywiście różowe lub białe), a domy były dziwne, bo bez ścian i okien; tylko sam dach wsparty na filarze i czasem jakieś niby-szkielety ścian. Oczywiście białe (nie było ich już stać na róż do budynków). Na środku doliny-miasta było wielkie jezioro, do którego wpadał wodospad z okolicznej smródki. Nad brzegiem (jeziora, nie wodospadu) stał dom Wielbłąda: największy, różowy (było go stać), a nawet w niektórych miejscach ze ścianami. Poza tym było wokół widać ślady po ostatniej imprezie (cały ogródek w "pawiach", stolik wisiał na drzewie do góry nogami i ogólnie był syf) i Wielbłąd wyszedł do przyjaciół zdecydowanie bardziej wczorajszy niż dzisiejszy i przemówił:
- Hep! no tego… hep! Wybraliście troszkę zły hep! moment by do mnie przyjechać… hep!
- Ale Fredzio potrzebuje pomocy! Złamał se paluszek i potrzebuje Królewskiego Zioła! - powiedziała Ladia.
- Eeeee… hep! ziela chwilowo nie mam, bo się wczoraj z Bielmem zalozyłem, kto go więcej zje, ale poczekacie, to trochę zbiorę…
- Bielmo tu jest?! - wykrzyknąl uradowany Fredzio.
- No, a jak? nie mówił?
- Nie.
- To mądrze zrobił, bo byś mu w podrywaniu lasek przeszkadzał.
Poza tym w najbliższym czasie urządzam naprawdę wielką imprę i zaprosiłem jakiś krasnoludow (nie znam ich), elfow i ludzi. Aha i Fladnag tutaj jest.
- To idziemy się z nim przywitać! - powiedział Argon.
I poszli.

dopisał: Waltos

Skrzat Fladnag rytmicznie uderzając skrzydełkami unosił się nad misą z wodą i wypatrywał czegoś nad brzegiem jeziora.
- Pochwalony - ryknął Argon klepiąc czarownika po plecach. Plusnęło i po chwili z misy wynurzyła się wściekła twarz skrzata.
- Przez ciebie zamoczyłem szal i pas - wysyczał przez zęby.
- Sorki, niechcąco - Argon wzruszył ramionami.
- Kogóż to przyprowadziłeś? - skrzat łypnął na trójkę koboldów i gnoma Serego.
- Tego, no - Argon podrapał się po głowie.

dopisał: Magnes

Niestety Tego i No aktualnie byli na etacie w opowiadaniu "Hory Pater i Więźniarki z Kabanosa", więc nie przyszli. Zamiast nich, Argon zaprezentował Fladnagowi koboldów:
- Doskonale gotują, sprzątają, są mali, więc mogą spać nawet na szafce, spełniają praktycznie każdy rozkaz! Tylko jeden z nich ma drobną wadę fabryczną - ma złamany paluszek, ale da się to naprawić. To co, 10 sztuk złota za każdego, umowa stoi?
- Nie miałeś nas sprzedać tylko zaprezentować - mruknął Sery.
- I prezentuję… - odpowiedział Argon.
- Idź się lepiej pobaw z Ladią, a my se z nim pogadamy… - powiedział Fill z dziwnym błyskiem w oczach.
- Dobrze - powiedział Argon i ledwo zniknął za rogiem (tylko czego, skoro budynki nie miały ścian?) i wtedy…
- NA NIEGO!!! - ryknął Fredzio i koboldy + jeden gnom gratis rzuciły się na nieszczesnego skrzata, który nie zdążył im uciec.
po chwili maluchy (bez skrzata) wyszły zza rogu nie-wiadomo-czego z szalem, pasem skrzydełkami i różdżką.
- po ile to opylimy? I gdzie? - zapytał podniecony Sery.
- Na pewno jakiś z tych, co przyjadą na balangę kupi przynajmniej tą różdżkę. A resztę sprzedamy w lumpeksie. - odpowiedział Fredzio.
- A skrzydełka? Przecie to nie ubranie!
- Zamontujemy je do podpaski.
- Pod-czego?
- No tego, co nosisz pod pasem.
- ale ja nie mam pasa.
- To se wyobraź, że go masz i zobacz, co masz pod nim.
- Ale ja tam nosze klejnoty…
- Klejnoty??? DAWAJ JE!!! - ryknęły koboldy i rzuciły się na nieszczęsnego Serego. Jednak w ostatniej chwili zza rogu wyszedł Argon i uratował go od rozszarpania.
- Co wy mu robicie? - zapytał.
- Eeee… chcieliśmy mu ubranie wyprać!
- chcieli mnie… - Sery chciał ich oskarżyć, lecz dostal silnego kopa w ryj… znaczy się twarz i stracił przytomność.
- Natychmiast go ubierzcie, bo was poszatkuję! I oddajcie Fladnagowi ubrania!
- Poszatkujesz? a czym? Ino ci się sam rękojeść miecza ostała!
- Ladia mi pożyczyła swój pilnik do paznokci!
- A to, dobrze.
I koboldy (i być może gnom, nie wiem) oddały ukradzione ubranka.

***

Natomiast w tym czasie, jakieś 10 km od Wryjtenlej po rzecze płynęła kłoda, a na niej ciemne postacie.
- Mówiłem, byśmy skręcili przy starym dębie w lewo, ale nie! Musieliśmy pojechać prosto do tej diabelskiej kałuży! - wrzeszczał jeden z wrzaskuli.
- Weź ty się kurde nie odzywaj najlepiej, ja tu kontempluję. - odpowiedział drugi.
- Jak cię walnę, to będziesz prosto pluć!
- Nie kłóćcie się, ino pomóżcie mi dopłynąć do brzegu, bo mi nawet pampersy przemokły. - powiedział trzeci.
I wspólnymi siłami wrzaskule dopłyneęły do brzegu, lecz mialy pecha, bo kiedy tylko do niego dopłynęły, to okazało się, że wylądowały na brzegu otoczonym przez krewniaków pozabijanych wilków.
- To my idziemy dalej pływać! - i wrzaskule rzuciły się do ucieczki, nie zważając na ociężałe pampersy.

dopisał: Waltos

Tymczasem w dolinie Wryntenlej Wielbłąd de Półelf (zwany także Metysem) zebrał wszystkich na Naradę. Na świeżym powietrzu zebrali się wokół stołu i popijając mocne trunki radzili.
Radzenie wychodziło im bardzo dobrze - szybko sobie poradzili z trunkami i zabrali się za opowieści.
Pierwszy wystąpił Gromiel, syn Gluta, krasnolud przybyły ze Spodgóry.

dopisał: Magnes

Odchrząknął i rzekł:
-Czy mogę coś powiedzieć?
Nikt nie zgłosił sprzeciwu (choć ktoś odparł: "Już to zrobiłeś", ale i tak żaden z zebranych nie zwrócił na to uwagi), więc krasnolud ponownie odchrząknął, podrapał się po głowie, zmarszczył brwi i odparł:
- Eeee… zapomniałem.
Usiadł z powrotem na swoim miejscu, a wokół stołu zapadła głucha, niema cisza.

dopisał: Yakcyll

Jednak po chwili nieco wstawiony (nie-wiadomo-czym, ale pewnie tanim winem) Wielbłąd wstał, podniósł słoik z winem z nie-wiadomo-czym i krzyknął:
- Ep! Jeżeli nikt nie chce gadoć, to robimy imprę!!! JAZDA!!!
I w tym momencie zewsząd doleciała głośna muzyka w stylu umca-umca, zaczęły błyskać światła, a jakaś spasiona elfica machała brzuchem w klatce. Jednak jedno machnięcie ródżką Fladnaga wszystko uciszyło (w tym czasie dwa elfy za pomocą wieeeelkiego i ostreeeego sekatora wycinali pręty w klatce, by spasiona elfica jakoś z niej wyszła) i czarodziej przemówił:
- Cisza! Przybyliśmy tutaj w ważniejszym celu! Otóż Fredzio posiada w swojej kie… - ZZING! (odgłos odcinanego prętu) - …w swojej kiesze… - ZZING! - …W swojej kieszeni ma coś bardzo ważnego… - tutaj skrzat zrobił przerwę, by nastała złowroga cisza - To coś to…
- Moja d*pa!!! - krzyknęła w tym momencie spasiona elfica, która niczym młody wieloryb wypadła z klatki.
- No kurcze motyla noga!!! Nie dacie mi nic powiedzieć!!! - zakrzyknął głosem zdechłego łosia Fladnag. - To coś to legendarna OBRĄCZKA!!!
Pozostali jednak głupio patrzeli na kurdupla ze skrzydełkami, aż w końcu Glut przemówił:
- Co to jest legendarna obrączka?
- To coś, co może nas zniszczyć! - odpowiedział Fladnag. - Fredzio, połóż ją na tym stoliczku. - i kobold położył.
- Skoro może nas zabić, to my go pierwsi zabijemy! - zakrzyknął Glut i walnął plastikowym młotem o nazwie Kruszyciel Orzechów w obrączkę. Jednak młot odskoczył od obrączki, walnął krasnoluda w oko, potem w ucho i na koniec wylecial na orbitę. A obrączka zaczęła podskakiwać jak piłka kauczukowa, a po chwli skakała po całym pomieszczeniu z niesamowitą prędkością.
- Ewakuacja - krzyknął Wielbłąd. - Ratować trunki!
I bohaterowie z trunkami w łapach, mordach, na głowach, pod pachami i gdzie się jeszcze da nosić, uciekli i przenieśli salę obrad na balkon Wielbłąda.

dopisał: Waltos


Nowy fragment możesz dodać na ostatniej stronie opowiadania.

Drużyna Obrączki: strony 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10

Dwa Gońce: strony 1 (ostatnia strona)

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-Noncommercial-No Derivative Works 2.5 License.